W poprzednim tygoniu byłem na 7-dniowych warsztatach w okolicy Buckland, w Walii. Jezdze tam na takie retreats 2 razy w roku, przez nieograniczona ilosc lat (jak dlugo kto chce). Jest to w ramach Ridhwan - Spiritual School (nie wiem jak to przetlumaczyc)
Wyjazdy wygladaja nastepujaco:
1. Na miejsce przyjezdza okolo 110 osob takich jak ja (studentow) oraz ok. 6 teacherów
2. Codziennie mamy 2 wyklady 2 godzinne i godzinny okres cwiczen (w dwojkach lub trojkach) na temat tego co bylo omawiane
3. Oprocz tego mamy sesje w małych grupach oraz sesje 1 na 1 z teacherem.
4. Na okres między tymi wyjazdami łączymy sie w male grupki 4-10 osobowe. Spotykamy sie raz na miesiac aby odsluchac nagrania ktore otrzymujemy i robic do nich cwiczenia.
Tak wiec jest tu sporo pracy nad soba i okazja do rozwoju osobistego. W tej szkole aplikowane jest sporo praktyk typowo duchowych (medytacje, mindfullnes). To jest podstawa, bez tego ta szkoła nie ma sensu.
Ale oprócz tego jest ogrom pracy psychologicznej. Wg tego podejścia (Diamond Approach) rozwoj duchowy nastepuję rownoczesnie z pracą psychologiczną, ponieważ wszelkie mechanizmy obronne oddalają nas od samego siebie i warto je dokładnie poznać i zrozumieć, wydobyć z podświadomości - zamiast odrzucać.
Ostatnie warsztaty były na temat agresji, siły, złości, witalności, odwagi itd. Badaliśmy nasze przekonania, uprzedzenia i własne słabości w tym temacie.
Naprawdę uwielbiam te wyjazdy i już ubolewam nad tym, że następny wyjazd jest dopiero za 8 miesięcy. Więcej w temacie:
http://www.ridhwan.org/school/school.html
czwartek, 23 września 2010
czwartek, 9 września 2010
Erich Fromm
Uwielbiam książki. Co prawda właściwie nie czytam powieści, ale od wszelkich poradników czy książek self-help jestem uzależniony. To dzięki książkom zainteresowałem się swoim wnętrzem i zmieniłem swój tryb i zainteresowania.
Zaczęło się od Ericha Fromma. No dobra, zaczęło się od shitu w stylu Anthony Robbins "Obudź w sobie olbrzyma" - przeczytałem kilka książek tego typu ale one mnie tylko frustrowały - najpierw budowały nadzieję, obiecywały banalne rozwiązania i super efekty a kończyło się zawodem.
E. Fromm daleki jest od pop-psychologii. Jest to wybitny naukowiec, którego fascynował człowiek - jego rozwój. Co jest dobre dla istoty ludzkiej? Co sprawia że jest szczęśliwy? Co to jest szczęście? Dzięki Frommowi powstał nowy nurt psychoanalizy - ponieważ najbardziej interesował go kulturowy wpływ otoczenia na człowieka. I tak:
1) "Mieć czy być" - moim zdaniem to powinna być lektura w liceum. Książka magiczna i czuje, że miałem szczęście że natrafiłem na nią tak wcześnie, bo wznieciła mój apetyt czytelniczy.
2) "Sztuka istnienia" - cieniutka książeczka, która też rozwaliła mnie na łopatki. Jej największym atutem jest to, że nie tylko jest solidną pracą naukową, ale też zawiera osobiste wskazówki samego Fromma. Podaje sugestie co robić - tłumaczy wartość koncentracji i skupienia. Warto przeczytać ze trzy razy, żeby przyswoić sobie przekaz. Moim zdaniem jest to kontynuacja "Mieć czy być"
3) "Ucieczka od wolności" - książka bardziej socjologizna. Jak zmiany globalne (jak uprzemysłowienie) wpływają na jednostkę? Jak zmienia się człowiek i dokąd zmierza? Dlaczego jest coraz bardziej wyalienowany i samotny? Perełką w książce jest studium psychologii hitleryzmu. Książka mało praktyczna ale skłania do przemyśleń i jest po prostu mega ciekawa!
4) "O sztuce miłości", "Buddyzm zen i psychoanaliza" , "O sztuce słuchania" - książki nie wpadły w pamięć jakoś znacząco, ale pamiętam że były ciekawe:)
5) "Anatomia ludzkiej destrukcyjności" - jeżeli zastanawiasz się nad paradoskem dlaczego człowiek potrafi siać takie spustoszenie a jest jedynym zwierzęciem z sumieniem - sięgnij po to dzieło. 550 stron malutką czcionką o ludzkiej destrukcyjności - widziane z kilku perspektyw (instynków, psychoanalizy, środowiska, behawioryzmu, neurofizjologii , antropologii itd itd - dzieło kompletne! :) )
Zaczęło się od Ericha Fromma. No dobra, zaczęło się od shitu w stylu Anthony Robbins "Obudź w sobie olbrzyma" - przeczytałem kilka książek tego typu ale one mnie tylko frustrowały - najpierw budowały nadzieję, obiecywały banalne rozwiązania i super efekty a kończyło się zawodem.
E. Fromm daleki jest od pop-psychologii. Jest to wybitny naukowiec, którego fascynował człowiek - jego rozwój. Co jest dobre dla istoty ludzkiej? Co sprawia że jest szczęśliwy? Co to jest szczęście? Dzięki Frommowi powstał nowy nurt psychoanalizy - ponieważ najbardziej interesował go kulturowy wpływ otoczenia na człowieka. I tak:
1) "Mieć czy być" - moim zdaniem to powinna być lektura w liceum. Książka magiczna i czuje, że miałem szczęście że natrafiłem na nią tak wcześnie, bo wznieciła mój apetyt czytelniczy.
2) "Sztuka istnienia" - cieniutka książeczka, która też rozwaliła mnie na łopatki. Jej największym atutem jest to, że nie tylko jest solidną pracą naukową, ale też zawiera osobiste wskazówki samego Fromma. Podaje sugestie co robić - tłumaczy wartość koncentracji i skupienia. Warto przeczytać ze trzy razy, żeby przyswoić sobie przekaz. Moim zdaniem jest to kontynuacja "Mieć czy być"
3) "Ucieczka od wolności" - książka bardziej socjologizna. Jak zmiany globalne (jak uprzemysłowienie) wpływają na jednostkę? Jak zmienia się człowiek i dokąd zmierza? Dlaczego jest coraz bardziej wyalienowany i samotny? Perełką w książce jest studium psychologii hitleryzmu. Książka mało praktyczna ale skłania do przemyśleń i jest po prostu mega ciekawa!
4) "O sztuce miłości", "Buddyzm zen i psychoanaliza" , "O sztuce słuchania" - książki nie wpadły w pamięć jakoś znacząco, ale pamiętam że były ciekawe:)
5) "Anatomia ludzkiej destrukcyjności" - jeżeli zastanawiasz się nad paradoskem dlaczego człowiek potrafi siać takie spustoszenie a jest jedynym zwierzęciem z sumieniem - sięgnij po to dzieło. 550 stron malutką czcionką o ludzkiej destrukcyjności - widziane z kilku perspektyw (instynków, psychoanalizy, środowiska, behawioryzmu, neurofizjologii , antropologii itd itd - dzieło kompletne! :) )
piątek, 3 września 2010
Bieg Katorżnika
Pod koniec sierpnia wziąłem udział w przyjemnej imprezie. To był pierwszy raz w moim życiu.
W biegu katorżnika startowało ok 1500 osób. Dystans to 7.5 km - przez jezioro, tunele, sztuczne przeszkody do przeskoczenia, piwnice opuszczonego ośrodka ale przede wszystkim rowy bagna i rowy :)
W biegu wystartowało tez ponad 200 pań (!). Niemałą atrakcją była też Ucieczka z Alcatraz: o godzinie 13:00 wystartowali uczestnicy parami - związani ze łańcuchami (kajdankami). O 14:00 wyruszyła 250 osobowa grupa normalnych biegaczy którzy mieli za zadanie łapać ucieknierów :) Także było sympatycznie.
A oto ja po:

Zainteresowanym za rok gorąco imprezkę polecam!
http://www.youtube.com/watch?v=szb_fiL4gUI&feature=related
W biegu katorżnika startowało ok 1500 osób. Dystans to 7.5 km - przez jezioro, tunele, sztuczne przeszkody do przeskoczenia, piwnice opuszczonego ośrodka ale przede wszystkim rowy bagna i rowy :)
W biegu wystartowało tez ponad 200 pań (!). Niemałą atrakcją była też Ucieczka z Alcatraz: o godzinie 13:00 wystartowali uczestnicy parami - związani ze łańcuchami (kajdankami). O 14:00 wyruszyła 250 osobowa grupa normalnych biegaczy którzy mieli za zadanie łapać ucieknierów :) Także było sympatycznie.
A oto ja po:

Zainteresowanym za rok gorąco imprezkę polecam!
http://www.youtube.com/watch?v=szb_fiL4gUI&feature=related
środa, 25 sierpnia 2010
Zmiana i akceptacja
The personality is a "no"; it can't say "yes".
So how can we learn to accept? When you say "I should learn to accept my anger," aren't you rejecting your rejection of anger? Aren't you rejecting the resistance? If you have a desire to be free from personality, isn't that a rejection of the personality? The personality does not know how to do it. Most people have decided that it is hopeless, and it is hopeless for the personality to do it.
However, hopelesness is based on hopefulness, and hence on rejection. The understanding of no hope is not the same as hopelessness and despair. It is based on objective truth.
But if we look back to tohe beginning of the rejection, what was it we rejected? What we rejected was pain and suffering. First we said, "I dont want to feel this, it hurts, it's dangerous". but over time it became "I don't want to feel this because I want something better, I want to improve myself, to succeed" We even believe the rejection is a kindness toward ourselves.
Whatever you think of doing - becoming succesfull, becoming lovable, getting enligtened, realized - the moment you are thinking of changing yourself, you are rejecting yourself. Whenever you want to change what you are feeling, you are rejecting your experience. You want to spit yourself out.
What we can do essentially, is not to try to say "yes" , because trying to say "yes" is a rejection. What we can do is just see how we are rejecting. In the beginning the rejection was an attempt to get rid of the pain, but we didn't get rid of it, we simply stopped seeing it. We weren't able to throw it up or otherwise discharge it, so we numbed our sensivity. Now we can allow ourselves to be sensitive, to experience without judgment, without saying "no", without saying "I'm seeing it so that it will go away". We can do this when we are interested in the truth for its own sake" to see, to be aware, to be conscious, to be with, and to feel what is there in your experience with no rejection, what is now.
"Diamond Heart Book Two" A.H.Almaas
So how can we learn to accept? When you say "I should learn to accept my anger," aren't you rejecting your rejection of anger? Aren't you rejecting the resistance? If you have a desire to be free from personality, isn't that a rejection of the personality? The personality does not know how to do it. Most people have decided that it is hopeless, and it is hopeless for the personality to do it.
However, hopelesness is based on hopefulness, and hence on rejection. The understanding of no hope is not the same as hopelessness and despair. It is based on objective truth.
But if we look back to tohe beginning of the rejection, what was it we rejected? What we rejected was pain and suffering. First we said, "I dont want to feel this, it hurts, it's dangerous". but over time it became "I don't want to feel this because I want something better, I want to improve myself, to succeed" We even believe the rejection is a kindness toward ourselves.
Whatever you think of doing - becoming succesfull, becoming lovable, getting enligtened, realized - the moment you are thinking of changing yourself, you are rejecting yourself. Whenever you want to change what you are feeling, you are rejecting your experience. You want to spit yourself out.
What we can do essentially, is not to try to say "yes" , because trying to say "yes" is a rejection. What we can do is just see how we are rejecting. In the beginning the rejection was an attempt to get rid of the pain, but we didn't get rid of it, we simply stopped seeing it. We weren't able to throw it up or otherwise discharge it, so we numbed our sensivity. Now we can allow ourselves to be sensitive, to experience without judgment, without saying "no", without saying "I'm seeing it so that it will go away". We can do this when we are interested in the truth for its own sake" to see, to be aware, to be conscious, to be with, and to feel what is there in your experience with no rejection, what is now.
"Diamond Heart Book Two" A.H.Almaas
Zmiana 4
O czym to mówiliśmy? O zmianie!
W poprzednich postach wykładałem grunt pod to co chciałem przekazać w tym wpisie, jednak Wild Tofu mnie ubiegła w komentarzu.
"Akceptacja nie jest jednorazowym postanowieniem lubienia lub zakochania się w sobie."
Nie możesz nagle akceptować siebie. Nie możesz zmienić siebie !
Zauważcie, że nie mówię, że nie istnieje coś takiego jak samo-akceptacja lub prawdziwa zmiana. Istnieje z całą pewnością!
Moim zdaniem nastąpuje ona samoistnie, spontanicznie. Jest ona wynikiem. Ale wynikiem czego?
Jeżeli stale obserwujesz siebie. Pragnienie zmienienia siebie. Pragnienie bycia innym. Nieakceptowanie swoich cech i wad. Krytyka swoich działań. Jeżeli obserwujesz to wszystko z boku - w pewnym momencie może pojawi się ciut współczucia do samego siebie.
"Nigdy nie potraktowałbym w ten sposób drugiej osoby, a stale to robie w stosunku do siebie. To przecież boli! Absolutnie w niczym nie pomaga..."
Nie twierdzę, że akceptuje siebie ani, że jestem wolny od samokrytyki. Nie twierdze, że znam receptę na wszystko. Ale skoro nie potrafię zmusić się do akceptacji, nie chcę odrzucać siebie - to dlaczego nie zrobić coś pomiędzy - przypatrywać się z boku jak odrzucam siebie? Robić to ze zwykłej ciekawości, bez konkretnego celu.
W poprzednich postach wykładałem grunt pod to co chciałem przekazać w tym wpisie, jednak Wild Tofu mnie ubiegła w komentarzu.
"Akceptacja nie jest jednorazowym postanowieniem lubienia lub zakochania się w sobie."
Nie możesz nagle akceptować siebie. Nie możesz zmienić siebie !
Zauważcie, że nie mówię, że nie istnieje coś takiego jak samo-akceptacja lub prawdziwa zmiana. Istnieje z całą pewnością!
Moim zdaniem nastąpuje ona samoistnie, spontanicznie. Jest ona wynikiem. Ale wynikiem czego?
Jeżeli stale obserwujesz siebie. Pragnienie zmienienia siebie. Pragnienie bycia innym. Nieakceptowanie swoich cech i wad. Krytyka swoich działań. Jeżeli obserwujesz to wszystko z boku - w pewnym momencie może pojawi się ciut współczucia do samego siebie.
"Nigdy nie potraktowałbym w ten sposób drugiej osoby, a stale to robie w stosunku do siebie. To przecież boli! Absolutnie w niczym nie pomaga..."
Nie twierdzę, że akceptuje siebie ani, że jestem wolny od samokrytyki. Nie twierdze, że znam receptę na wszystko. Ale skoro nie potrafię zmusić się do akceptacji, nie chcę odrzucać siebie - to dlaczego nie zrobić coś pomiędzy - przypatrywać się z boku jak odrzucam siebie? Robić to ze zwykłej ciekawości, bez konkretnego celu.
czwartek, 12 sierpnia 2010
Obóz harcerski 2010
Aby nie zrobiło się tu zbyt poważnie i technicznie, chciałbym dodać wpis bardziej prywatny. W lipcu tego roku zdecydowalem sie na nowe doświadczenie w moim życiu - byłem opiekunem dzieciakow na obozie harcerskim. Sam kilka razy jeździłem na takie obozy i mile je wspominam. Obóz organizowany w starym, klasycznym stylu - z resztą przez osobę-legendę w harcerstwie - 86 mężczyznę o kondycji lepszej niż niejeden nastolatek!
Obóz znajdywał się w samym środku lasu iglastego (zapachy!), 3 km od najbliższej wsi, przy niewielkiej rzeczce (woda do pasa). Trzeba było zrobić wszystko od zera - skosić wysoką trawę, postawić kuchnię polową, wszystkie namioty, pomost, latrynę (czyli polowy kibelek). Oprócz tego wielki namiot gospodarzy (magazyn), który jak się okazało nie miał stelaży i tych metalowych prętów na których miał stać. Wszystko trzeba było zrobić samemu z bali drewnianych. Później częśc osób musiała nakłaść słomy do worków (sienników) i te worki pozaszywać. Na tym wszyscy spali (zamiast materaców czy karimat) - polecam, znacznie bardziej wygodne, zdrowe i klimatyczne :)
Miło było patrzeć na dzieciaki (w wieku 8-14) stawiające to wszystko a potem dbające o obóz. Podstawowa zasada nas opiekunów była "nic nie robić za nich, nie wyręczać ich, ale pomagać i wspierać". Oni czuli, że to obóz to ich wspólne dobro, więc praca była czymś naturalnym a nie warunkiem koniecznym narzuconym przez nas, dorosłych.
Pobudki były o 7 rano. Po tym gimnastyka i mycie (w zimnej rzeczce). Następnie śniadanie. Zajęcia zorganizowane (albo jakiś sport, albo jakiś konkurs lub zabawa). Obiad. Po obiedzie czas wolny (z zaleceniem zachowania ciszy). Następnie znow jakieś zajęcia ("nuda to najgorsza rzecz na obozie"), wieczorem apel i ognisko (lub gawęda- opowieści organizatora obozu o którym wspomniałem).
Najbardziej dzieciakom podobały się zabawy z elementem rywalizacji. Na przykład kilku godzinny bieg harcerski, gdzie musieli biec po strzałkach lub znalezionych na kartkach podpowiedziach. Biegali od stacji do stacji, gdzie stali opiekunowie dawali dzieciakom zadania (które były punktowane). Zadania z tego co nauczyły się w trakcie obozu (alfabet morse, zasady pierwszej pomocy, orientacja w terenie, co pamiętają z wycieczek, pytania przyrodnicze itd.) . W trakcie biegu mieli między innymi jedną przeprawę przez rzekę, także zabawę tego dnia mieli bardzo dobrą.
Mógłbym tak długo opisywać, ale myśle że macie już mniej więcej pojęcie jak ten obóz wyglądał. Wydaje mi się, że to jest coś absolutnie potrzebne w dzisiejszych czasach. Dzieciaki nawet nie wiedzą, że istnieje tak atrakycjną alternatywa dla czasu spędzonego w internecie, filmach i płytkich zajęciach pod blokiem.
Dużo ruchu, samodzielności, przyjaźni, świeżego powietrza i dyscypliny jeszcze nikomu nie zaszkodziło!
A i dla mnie osobiście doświadczenie było bardzo udane i myślę że zaangażuje się w to bardziej.
Obóz znajdywał się w samym środku lasu iglastego (zapachy!), 3 km od najbliższej wsi, przy niewielkiej rzeczce (woda do pasa). Trzeba było zrobić wszystko od zera - skosić wysoką trawę, postawić kuchnię polową, wszystkie namioty, pomost, latrynę (czyli polowy kibelek). Oprócz tego wielki namiot gospodarzy (magazyn), który jak się okazało nie miał stelaży i tych metalowych prętów na których miał stać. Wszystko trzeba było zrobić samemu z bali drewnianych. Później częśc osób musiała nakłaść słomy do worków (sienników) i te worki pozaszywać. Na tym wszyscy spali (zamiast materaców czy karimat) - polecam, znacznie bardziej wygodne, zdrowe i klimatyczne :)
Miło było patrzeć na dzieciaki (w wieku 8-14) stawiające to wszystko a potem dbające o obóz. Podstawowa zasada nas opiekunów była "nic nie robić za nich, nie wyręczać ich, ale pomagać i wspierać". Oni czuli, że to obóz to ich wspólne dobro, więc praca była czymś naturalnym a nie warunkiem koniecznym narzuconym przez nas, dorosłych.
Pobudki były o 7 rano. Po tym gimnastyka i mycie (w zimnej rzeczce). Następnie śniadanie. Zajęcia zorganizowane (albo jakiś sport, albo jakiś konkurs lub zabawa). Obiad. Po obiedzie czas wolny (z zaleceniem zachowania ciszy). Następnie znow jakieś zajęcia ("nuda to najgorsza rzecz na obozie"), wieczorem apel i ognisko (lub gawęda- opowieści organizatora obozu o którym wspomniałem).
Najbardziej dzieciakom podobały się zabawy z elementem rywalizacji. Na przykład kilku godzinny bieg harcerski, gdzie musieli biec po strzałkach lub znalezionych na kartkach podpowiedziach. Biegali od stacji do stacji, gdzie stali opiekunowie dawali dzieciakom zadania (które były punktowane). Zadania z tego co nauczyły się w trakcie obozu (alfabet morse, zasady pierwszej pomocy, orientacja w terenie, co pamiętają z wycieczek, pytania przyrodnicze itd.) . W trakcie biegu mieli między innymi jedną przeprawę przez rzekę, także zabawę tego dnia mieli bardzo dobrą.
Mógłbym tak długo opisywać, ale myśle że macie już mniej więcej pojęcie jak ten obóz wyglądał. Wydaje mi się, że to jest coś absolutnie potrzebne w dzisiejszych czasach. Dzieciaki nawet nie wiedzą, że istnieje tak atrakycjną alternatywa dla czasu spędzonego w internecie, filmach i płytkich zajęciach pod blokiem.
Dużo ruchu, samodzielności, przyjaźni, świeżego powietrza i dyscypliny jeszcze nikomu nie zaszkodziło!
A i dla mnie osobiście doświadczenie było bardzo udane i myślę że zaangażuje się w to bardziej.
Warsztat Superego
Dla zainteresowanych tematem wewnętrznego krytyka - wspaniały 4 dniowy warsztat w Niemczech. Fantastyczna prowadząca. Na 100% bym pojechał gdyby nie to że termin koliduje z innym szkoleniem na które jadę.
http://www.zist.de/programm/zist_programm_fs.php?kurs_id=769
Uwaga, podobny warsztat odbędzie się 22-23 Stycznia 2011 w Londynie. Już poprosiłem organizatorow na wpisanie mnie na listę chętnych. Dam osobnego posta jak będzie dostępnych więcej informacji.
http://www.zist.de/programm/zist_programm_fs.php?kurs_id=769
Uwaga, podobny warsztat odbędzie się 22-23 Stycznia 2011 w Londynie. Już poprosiłem organizatorow na wpisanie mnie na listę chętnych. Dam osobnego posta jak będzie dostępnych więcej informacji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)